
Kiedy kilka tygodni temu zastanawiałam się w jakiej formie chciałabym kontynuować swojego bloga, wiązało się to z powiewem nadchodzących zmian oraz swego rodzaju niestabilnością w moim życiu, nazwijmy je na potrzeby tego wpisu publicznym.
Miałam plan, którego główny cel został zrealizowany, jednak droga do niego całkiem mnie zaskoczyła. W głowie mi zaszumiało od kolorów życia. Chciałam spróbować tego i tamtego i jeszcze tamtego. Czułam się jak na jarmarku, zachwycona różnorodnością.
Powstało kilka drobnych pomysłów na projekty, które ze swej natury będą tytułowym "my point" i tak też zamierzam je Wam przedstawiać , gdy sukcesywnie będę je realizowała. Tak też zamykam rozdział pod tytułem "rozterki na temat zakresu bloga". Blog był i będzie po to, abym mogła podzielić się z Wami swoim punktem widzenia.
Tytułem spraw bieżących: Właśnie wróciłam z "Seksu w wielkim mieście". Wybrałam się na ten film z przyjaciółkami i nastawieniem (cytując jedną ze wspomnianych przyjaciółek) "chcę zobaczyć ciuchy!". Kilka dni temu oglądałam końcówkę jakiegoś makeing of z planu tej produkcji, jednak nim spostrzegłam kto, co i jak już było po programie. Dzięki temu szłam do kina nieskalana żadną recenzją, żadną opinią, żadnym komentarzem - szłam jako fanka serialu "Seks w wielkim mieście", jako osoba, która widziała pierwszą część filmu i była ciekawa dwójki, oraz jako kobieta spragniona zagranicznego (!) filmu dla bab!
Cokolwiek by nie mówić o fabule, film "Seks w wielkim mieście 2" był tym, czego się spodziewałam. Miał klimat serialu, był opowieścią o moich czterech ulubionych amerykankach, ociekał cudownymi strojami i butami (!), nie zabrakło pikantnych scen i wulgarnego żartu. UWAGA SPOILERY! Było kilka momentów, które mnie zaczarowały, jak choćby wesele Stanforda ze śpiewającą i tańczącą Lizą Minelli, czy przylot (i sam lot) dziewczyn do Abu Zabi, no i ach i och! scena z Maxem Ryanem w roli zniewalającego Rikarda, który "dojeżdżał jeep'a"... Momenty refleksyjne, jak sens małżeństwa (i jak to się dzieje, że to działa), trudy macierzyństwa, wybory między rodziną, a karierą, mimo że już oklepane, to tutaj były takie... życiowe. W końcu z Carrie, Samanthą, Charlotte i Mirandą "znam" się nie od dziś. Gorąco zachęcam fanów serialu do obejrzenia "Seksu w wielkim mieście 2".
Kończąc już ten wpis dziękuję dziewczynom, że wyciągnęły mnie do kina - świetnie się bawiłam :)
Ps. Nie wiem, co brał grafik, który wykonał plakat promujący film, ale powinien to odstawić... ;)