rss
login
ewa adach - artistic blog logo
 
 
 
Inspiracje
18.11.2009, 09:47
Inspiracje - Muto, Machinarium
Dziś będzie troszkę inaczej niż zwykle - podzielę się z Wami zawartością z teczki inspiracje.

Dawno, dawno temu dostałam od Endera link do animacji MUTO a wall-painted animation by BLU (Muto animacja malowana na ścianie przez Blu). Filmik zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Blu, pochodzący z Bolonii, to artysta malujący na ścianach różnych miast w różnych krajach. Jak sam mówi początki jego twórczości były nie do końca legalne, malował graffiti po nocach i w zakazanych miejscach. Teraz maluje swoje zadziwiające dzieła na legalu, za zgodą władz miejskich. Posiada niesamowity, charakterystyczny styl, a jego prace niosą ze sobą silny przekaz.

Niedawno posmakowałam gry w Machinarium. Doskonała przygodówka typu point&click, zrealizowana w grafice dwuwymiarowej. Styl oprawy graficznej, muzyka, fabuła oraz poszczególne zadania nadają tej grze niepowtarzalny charakter, budują jej wyjątkowy nastrój. Twórcą Machinarium jest ekipa z czeskiego niezależnego studia Amanita Design.

Uff... tyle standardowych informacji, a teraz:
Kiedy widzę takie niesamowite dzieła, twory ludzkiej wyobraźni, to ogarniają mnie bardzo silne i mieszane uczucia. Z jednej strony jest zafascynowanie, chęć przeanalizowania wszystkiego krok po kroku, potrzeba kontemplacji, nasycenia się cudzym geniuszem, wreszcie duma z czyichś osiągnięć... z drugiej strony pojawiają się takie uczucia (i tu nie wstydzę się o nich napisać, bo zwykły ze mnie człowiek) jak zazdrość - że nie ja na to wpadłam, chęć doszukania się jakiegokolwiek defektu, przekonanie, że ja też bym tak potrafiła...
Po tej wybuchowej mieszance uczuć, które wzbudzają we mnie te i inne dzieła przychodzi jednak czas na coś, co najbardziej lubię - na inspirację. Taki przedziwny stan, w którym szacunek dla cudzej pracy (fizycznej i umysłowej) miesza się z chęcią dorównania, albo nawet przeskoczenia czyichś osiągnięć, a w efekcie mobilizuje do działania!
W poczuciu piękna, geniuszu, zadziwienia nad takimi projektami jak Muto, czy Machinarium, siadam i tworzę... I tak, jak powiedział wspomniany już wyżej Blu w wywiadzie dla Kolahstudio: "I’m not economically rich but I’m billionaire in happiness"... i ja również jestem szczęśliwa kiedy mogę coś stworzyć.
Gorączka Czwartkowej Nocy
05.11.2009, 22:22
Gorączka Czwartkowej Nocy
Nadchodzi czwartkowa noc, a mnie trawi gorączka - nie jakaś metaforyczna, zwykła gorączka, taka: 38° C.
Słuchając bardzo energetycznego albumu Comy rozmyślam nad tym, co ostatnio miało miejsce w moim życiu:
Mój narzeczony dostał pracę i wyjechał na jakiś czas do stolicy.
Musiałam zmienić lokal, który zamieszkiwałam - przeprowadzka o dwa metry zabrała mi całą zeszłą noc i dzisiejszy poranek... a w związku z nią panuje w okół mnie niezwykły chaos... i też żaden metaforyczny, tylko bajzel najzwyklejszy!
Własne sprawy odpychają mnie swymi niewiadomymi, więc w tej godzinie porzucam wszelkie domysły, co też może mi się wkrótce przydarzyć i zwracam się ku problemom innych - kanon!
Kanon... dla jednych wyznacznik drogi życiowej, dla innych powód do buntu, rewolucji! W zależności od złożoności sytuacji należę do obu grup. Dziś jednak miota się we mnie pytanie: po jaką cholerę robić coś tak, jak inni?
Bo dobre, bo sprawdzone, bo skuteczne?
A co jest skuteczne?
To co trafia do odbiorcy.
A co trafia do odbiorcy?
To co jest różne od całej reszty!
Gdzieś Ty Była!?!
27.10.2009, 14:19
Działo się
Otóż właśnie!
Cały miniony tydzień byłam nieobecna. Wszystko za sprawą dwóch wyjazdów - do Lublina i do Łodzi. Pierwszy związany był z urodzinami Endera, drugi z zajęciami na uczelni.
Wróciłam i okazuje się, że w mózgu mam czarną dziurę. Pamiętam, że dobrze się bawiłam, ale nie pamiętam już jakie były relacje czasowe. Trudno połapać mi się nawet w tym, jaki mamy dziś dzień tygodnia, bo ostatnie szaleństwo zaburzyło normalny rytm mojego życia.
Niech zatem ochłonę i spróbuję samej sobie to jakoś nakreślić:
W poniedziałek z samego rana pojechałam do Lublina - mój wyjazd opóźnił się z powodu krótkiej wizyty Zimy, ale cieszę się, że w ogóle doszedł do skutku. Wcześniejszej nocy nie zmrużyłam oka, więc dwie doby zlały mi się w jedną całość, a potem było już tylko gorzej ;P
We wtorek, w klubie Archiwum (w Lublinie), Ender świętował swoje urodziny, choć głównym powodem spotkania ze znajomymi było rozegranie kilku partyjek w grę Neuroshima Hex, a nie dmuchanie świeczek na torcie ;P Wieczór miał swój ciąg dalszy w postaci nieziemsko pysznego sushi! UWIELBIAM :) Co do kulinarnych zwierzeń - w trakcie pobytu u Endera miałam niezły sprawdzian umiejętności w pichceniu - rzecz rozbija się między innymi o dwa placki, pyszne kotlety mielone, pastę jajeczno-serową, czy mój nowy popisowy numer (do tej pory były to naleśniki) - kopytka! Niejeden poradnik w stylu "Jak wychować sobie mężczyznę" na pewno zganiłby moją postawę podczas tej wizyty, ale cóż poradzić - kiedy się kogoś kocha człowiek staje się głupi po prostu :)
W czwartek miało miejsce kolejne spotkanie, a po nim próba zmierzenia się z jednym artystycznym wyzwaniem. Za pomoc w walce z cieniami ślicznie dziękuję :* Niestety trzeba będzie to powtórzyć...
W piątek musiałam opuścić krainę szczęścia i udać się na zajęcia do Łodzi... Nikt nie lubi chodzić do szkoły... a jeśli lubi, to chyba chwilowe zaćmienie umysłu przeżywa! Od rana nic mi nie wychodziło... mój nastrój, spadając na łeb, na szyję z wyżyn niebiańskiej błogości pociągnął za sobą moją duszę i tak oto wylądowałam na dnie jesiennej rozpaczy, gotowa zniweczyć wszystko, co dobre - nawet własny związek! Ale anioły nie spały - ochroniły mnie przed zgubą.
W sumie nie było tak źle... po prostu po chwilach szczęścia mocniej przeżywam drobne niepowodzenia, które potrafią osiągnąć rozmiary okrutnych porażek... jednak z perspektywy czasu mogę napisać, że wszystko wróciło do normy - znów siedzę przed swoim komputerem, w prawie swoim pokoju, popijam herbatę z czarnego kubka, pracuję, uczę się, relaksuję... piszę przeprosiny do wszystkich, do których się nie odezwałam ostatnio... i sprawdzam, czy coś mnie ominęło kiedy mnie nie było... kiedy byłam w niebie... kiedy byłam w piekle... spokojnie, już wróciłam :)
Miasto Dziwnych Zdarzeń
12.10.2009, 12:20
Dziwne Miasto
Dziwne miasto, które zaskakuje swoją dziwnością... Fotograf, czekający pod kościołem na młodą parę błyska mi flashem po oczach... Pan w terenówce przecina skrzyżowanie na czerwonym... Chłopcy rzucają w moją stronę kasztanami - tak dla zabawy... Krajobraz jakiś taki wojenny - gruz, kurz i brud... dzieci biegają o zmroku po ulicy... ale to nie wojna, bo nikt nie krzyczy... Dwie przemiłe panie wręczają mi ulotkę i informują, że należy się uśmiechać - z uśmiechem odpowiadam im, że lubię się uśmiechać i wtedy uśmiech na ich twarzach gaśnie... Chłopak na rowerze składanym, na ruchliwej ulicy czeka, jak wszyscy pod światłami, zerka na mnie i dziwi się, gdy widzi, że na niego zerkam... Poznałam nowe imię, ale zapomniałam osobę, która je nosi – zazwyczaj jest odwrotnie... Skasowałam już trzeci bilet - jak szybko kończą mi się czyste bilety! Na wlepce w autobusie widnieje napis "to miasto jest uśpione"... uśpione, a nie dziwne, jak na początku mniemałam... nie dziwne... bo w swym normalnym życiu zapomniałam, że najdziwniejsze jest spotkanie z drugim człowiekiem.
Aaaaaaaahahahahaha!
01.10.2009, 18:24
Koncert Papa Roach
Czekałam, aż opadną ze mnie emocje, by zabrać się za opis ostatnich kilku dni, ale po tym, czego doświadczyłam jeszcze długo się nie otrząsnę! Spieszę zaznaczyć, że chodzi o same pozytywne odczucia. Tyle tytułem wstępu - przejdźmy do konkretów.

Klika dni temu wyjechałam do Łodzi. Odwiedziłam uczelnię, złożyłam wnioski o przyznanie stypendium i dowiedziałam się, że dzień później mam pierwsze zajęcia. Zostałam.
Dzięki tej decyzji mogłam uzgodnić z promotorem temat pracy dyplomowej, a także zaoszczędzić czas potrzebny na dojazd do Warszawy.
W niedzielę rano wyjechałam z Łodzi do stolicy. Ender, w towarzystwie mojego brata Jacka, już na mnie czekał. Z Dworca Centralnego przemieściliśmy się do mieszkania Jacka. Lokum to jest miejscem, w którym egzystuje czwórka przyszłych studentów i na takie wygląda! :P W ramach zapłaty za nocleg zgotowałam ekipie dwa obiadki - bo student od czasu do czasu musi coś zjeść!

Około godziny 18, kiedy oboje z Enderem byliśmy wyszykowani, ale jakoś tak dziwnie mało chętni na koncert, pojechaliśmy pod Stodołę. Na miejscu oczom naszym ukazała się całkiem duża kolejka osób oczekujących na wejście. Ender odszukał w tłumie znajomych, dzięki czemu mogliśmy przesunąć się o kilka "oczek" w stronę drzwi wejściowych.
Po kilkunastu minutach organizatorzy zaczęli wpuszczać ludzi do środka. W pewnym momencie ochroniarz zawołał w naszą stronę: "Panowie! Czy są tam panowie?! Zapraszam!". Hmm... Szybko wyjaśniło się, o co chodzi z tymi "panami" ;) Przy wejściu funkcjonowały dwie bramki - jedna dla panów, druga dla pań. Przy bramce dla panów stali panowie ochroniarze, przy bramce dla pań stały panie ochroniarki. Takie rozwiązanie jest zazwyczaj wprowadzane podczas rewizji osobistej. No i nas rewidowali. Panowie nie posiadali przy sobie różnego rodzaju torebek, w których czeluściach giną dokumenty, kosmetyki, niezbędne przedmioty, statki, i inne cuda, dlatego ich rewizja przebiegała znacznie szybciej. Kiedy w kolejce dla pań powstał zator (spowodowany rewizją namioto-torebek) ochroniarze zdecydowali nie wstrzymywać całkowicie przepływu osób z zewnątrz do środka, ograniczyli go jedynie do panów. Kiedy Ender był już w środku ja stałam na zewnątrz i przepuszczałam kolejnych zdezorientowanych chłopców, którzy uwierzyli w to, że ich pierwszeństwo wynika ze zbliżającego się dnia chłopaka ;)
W końcu nadeszła moja kolej. Przy samym wejściu usłyszałam jak ochroniarka mówi do dziewczyny przede mną, że nie można wnosić aparatów i należy je oddać do depozytu, płatnego 20 PLNów (bezzwrotnie). Po pierwsze miałam przy sobie tylko 10 PLNów, po drugie zamierzałam robić zdjęcia i nagrywać filmy, dlatego też (nauczona kreatywnością Endera i Corella podczas wchodzenia na koncert LP w Chorzowie) podjęłam błyskawiczną decyzję i przełożyłam aparat z kieszeni kurtki do... nogawki spodni :P Tym sposobem wniosłam na koncert aparat :)
Przeszło godzinę czekaliśmy na rozpoczęcie koncertu. Nie byliśmy jednak aż tak mało inteligentni, aby stać na sali koncertowej. Rozsiedliśmy się przy stoliku w barze, a kiedy nadszedł czas bez problemu znaleźliśmy miejsce w połowie sali (ponieważ sala koncertowa w Stodole, wbrew oczekiwaniom, nie jest duża, znaleźliśmy się naprawdę blisko miejsca akcji).

W pewnym momencie na scenie ukazała się pani, która dała wymowny znak skierowany do ekipy od nagłośnienia, aby wyłączyli muzykę przygrywającą w tle, pojawili się UnSun. O tym, kto zagra przed "głównym daniem" dowiedziałam się dopiero w momencie wejścia supportu na scenę. Zagrali nieźle. Wokalistka poradziła sobie ze spragnioną P. Roach’ów publiką całkiem dobrze, ludzie nawet ich nie wygwizdali, a solówka na perkusji była genialna! W połowie ich występu zauważyłam, że w drzwiach prowadzących z zaplecza na scenę stoją członkowie Papa Roach i obserwują zmagania UnSun :P
Kilka kawałków później (w tym aż dwie ballady! ;P) UnSun podziękowali za możliwość wystąpienia i zeszli ze sceny. Pojawiła się żwawa ekipa od instalowania sprzętu - całkiem spory tłum!

I oto zgasły światła! Zapanowała kompletna ciemność. Zaczęło się! Usłyszeliśmy początek "Days Of War". Oszaleliśmy! Od razu zaczęliśmy klaskać w rytm muzyki - brzmiało to jak przemarsz wojsk. Podniósł się krzyk kilku tysięcy gardeł. Zapaliło się kilka świateł - ujrzeliśmy Tonego Palermo grającego na perkusji i gitarzystów - Jerrego Hortona i Tobina Esperance zajmujących pozycje. Rozbłysły światła, zabrzmiały gitary, wszyscy klaskali! I nagle z gardeł publiki wyrwał się wrzask - wszedł Coby Shaddix. Wybuchły tony zwiastujące "Change Or Die". Wszyscy skakali, krzyczeli, laski piszczały, sikały po nogawkach, kolesie pokazywali cycki - SZAŁ! Na prośbę Cobiego: "Let me hear you" wszyscy wydali z siebie ogłuszający ryk. Co za energia! Potem zaczęliśmy skakać przy "Lifeline". Refren zaśpiewany przez publikę prawie zagłuszał wokalistę :P No i oczywiście kilku śmiałków spróbowało crowd surfingu.
Przyszedł czas na old school shit czyli "Dead Cell". Nie zazdroszczę tym, co stali pod samą sceną! Istne szaleństwo. Fuck yeah!
I znów skaczemy do góry - tym razem w rytm "The World Around You".
W przerwie między kolejnymi utworami publika zaczęła skandować "Papa Roach". Coby chyba się wzruszył, bo obiecał, że tym razem nie karze czekać nam kolejnych dziesięciu lat na ponowny przyjazd Papa Roach do Polski :P publika nie ukrywała zadowolenia :)
Zabrzmiało "Had Enough", a wraz z tym utworem pojawiło się kilka zapalniczek :D
Niesamowicie zabrzmiało słowo "dziękuję" w wykonaniu Shaddixa :P Ponieważ ludzie trochę ochłonęli z pierwszych emocji można było zaserwować im kolejną dawkę niezapomnianych przeżyć! Tym razem atmosferę podgrzał utwór "... To Be Loved" rozpoczęty od dobrze znanego motywu z soundtruck'a do Tonnego Howka. Zawsze byłam ciekawa jak ten utwór brzmi na żywo - genialnie. Fuck yeah!
Znów zgasło światło... rozbrzmiało "Getting Away With Murder" - no tak, tego utworu nie mogło zabraknąć. A Coby doskonale wie, jak rozgrzewać publiczność. Co chwilę wymyślał nowe ćwiczenia: a to skaczcie, a to podnieście prawą rękę w górę i zacznijcie potrząsać głową, a to znów "wiem, że potraficie głośniej" :P cudownie być kukiełką w takim przedstawieniu! Na pytanie "You love that shit, hah?" bez namysłu odpowiadam fuck YEAH! ;P Chwila oddechu przy "March Out of the Darkness"... i kolejna dawka emocji podczas "Scars"... Wszyscy doskonale znaliśmy słowa TEGO utworu i dobrze to wykorzystaliśmy.
Coby dorwał flagę Polski i miał ją przy sobie podczas utworu "I Almost Told You That I Loved You" :> Tekst tego kawałka mnie rozwala :P A zachowanie Cobiego - nie znajduję słów komentarza :P W połowie utworu flaga z odrobiną potu Shaddixa poleciała w stronę publiczności. W zamian publika (głównie dziewczyny) oddała Cobiemu kilka par majtek. Co zrobił wokalista Roach'ów? Tak, założył jedną z par na głowę! Ah te interakcje z publicznością. Ja tylko mam nadzieję, że laska, która nosiła kiedyś te majtki nie miała żadnego syfa! :P
Nadszedł najbardziej niebezpieczny moment koncertu - cały czas byłam ochraniana przez Endera, żaden łokieć mnie nie dosięgnął... Kiedy jednak zagrali "State of Emergency" wszyscy wokół mnie zaczęli skakać, miotać się... nawet Ender już nie stał spokojnie! :P Solowy popis na perkusji był niesamowity, ale muszę sprostować pewną krążącą po sieci informację - całość nie trwała 10 min, a najwyżej 6 :P!
"Harder Than A Coffin Nail" - hidden track, którego nigdy nie zdobyłam… Ender przejął ode mnie aparat na ten moment, dzięki czemu mogłam wsłuchać się w muzykę :)
Znów zostaliśmy wprawieni w ruch przy "Blood Brothers" - buzowały w nas niespożyte pokłady energii.
Następny utwór został zadedykowany wszystkim niegrzecznym dziewczynkom :> "Forever", bo o nim mowa - niesamowite brzmienie gitary na wejście. Pozostając w klimatach kobiecych :P "Hollywood Whore" - pierwszy singiel z "Metamorphosis". W trakcie wykonywania utworu Coby przyprowadził na środek sceny kolesia z kamerą co by nakręcił ten szalejący tłum :P
Nastąpiła kosmiczna eksplozja energii! Czegoś takiego nigdy nie widziałam, nasz skromny aparat o mało nie rozpadł się na części pierwsze, kiedy przyszło mu rejestrować to zdarzenie. Papa Roach zagrali "Between Angels and Insects" z genialnej płyty "Infest", na której znajdują się właściwie same doskonałe utwory. Taka moc w praktycznie ostatnim kawałku. SZALEŃSTWO!!! W powietrzu latały części garderoby, butelki i ludzie!!! Na serio! Jeden chłopak stojący obok nas nie wytrzymał ciśnienia, chwycił się rękami obniżonego stropu i zaczął wirować w powietrzu machając kończynami we wszystkie strony. Można było spodziewać się takich reakcji, ale to raczej pod sceną, a nie wśród ludzi, którzy przyszli na koncert posłuchać muzyki. Gdy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie Ender wystartował do chłopca z ostrzeżeniem tak wymownym, że pomimo, iż był on od Endera znacznie wyższy, natychmiast się uspokoił, zaczął przepraszać i do końca już się nie wychylał. I tu taka moja prywatna refleksja - normalnie strach się bać takiego mam ochroniarza! XD
Koncert praktycznie dobiegł końca, ale cóż by to był za koncert, gdyby zabrakło bisu?! A na bis chłopcy z Papa Roach zagrali "Time Is Running Out", "Into the Light" oraz… "LAST RESORT"!!! Nawiązał się niesamowity kontakt między Shaddixem i polską publicznością. Coby był wyraźnie zachwycony, polska publiczność zresztą też! XD Po wszystkim w stronę tłumu poleciały ręczniki, pałeczki i co tam było pod ręką. Koniec był taki sam jak początek - wszyscy skandowali "Papa Roach" (nawet członkowie zespołu ;P)!

Nie będę pisała podsumowania, w tym zabójczo długim wpisie... Jak tylko wrzucę na YouTube'a nagrania wybranych utworów na pewno je podlinkuję.
Z wszystkimi, którzy pragną posmakować podobnych emocji widzimy się na następnym koncercie Papa Roach w Polsce :D
Pantofelek Kopciuszka
21.9.2009, 14:11
tup tup tup...
O co chodzi z tymi butami?! Niedawno oglądałam program, w którym była mowa o kobiecej skłonności do obuwia. Mówi się, że nic nie poprawia kobiecie samopoczucia, jak nowa para modnych butów.
Moje prywatne odczucia potwierdzają tę teorię. Kiedyś w ogóle nie zwracałam uwagi na swoje obuwie - byleby było wygodne. Kończyło się zatem na adidasach.
W którymś momencie... i tu niestety nie umiem powiedzieć kiedy to było, zaczęłam patrzeć na buty pożądliwym wzrokiem. Jak mała dziewczynka olśniona blaskiem bajecznych krajobrazów rozpływam się przed wystawami sklepów obuwniczych.
Mam w swojej szafie buty, w których w ogóle nie chodzę, a kupiłam je, bo mnie zaczarowały!
Nowe buty, jakiś modny ciuch, torebka pasująca do ulubionych szpilek, słodka bransoletka, czy kolczyki - wszystko to jest w stanie poprawić mój humor. Był w moim życiu taki moment, że co drugi dzień sprawiałam sobie jakąś część garderoby... a był to moment, w którym bardzo potrzebowałam poprawy nastroju. Skończył się tak szybko jak środki na moim koncie...
Ale czy skłonność do tego typu zakupów jest wynikiem złego samopoczucia? Jest lekarstwem, ale przyczyna tkwi moim zdaniem w innym miejscu.
To media kreują pogląd, że kobieta powinna łagodzić swe smutki w sklepowej przymierzalni. To styliści krzyczą, że modne stroje i fryzury są warte ubóstwiania. To my same, w swej próżności zapominamy, że nie szata zdobi człowieka... Bo każda z nas chce czasem być jak ten kopciuszek na balu!
Jeśli zatem potraktować tę moją kobiecą próżność jak wadę to w tym miejscu postanawiam poprawę - następnego doła wyleczę sadząc pelargonie w doniczce, a nie rozpływając się nad skórzanymi botkami w galerii handlowej.
Wzmocniony Efekt
11.9.2009, 10:06
final_destination
Wszystko wokół mnie nabrało ostatnio rozpędu. Zaległe sprawy dopominają się o uwagę i zaczynają krążyć z zawrotną prędkością.
W tym całym bałaganie znalazłam dość nieoczekiwanie i całkiem spontanicznie kilka chwil na kino. W towarzystwie brata i jego dwóch kolegów poszłam na "Oszukać przeznaczenie 4".
Wiem, film z najniższej półki, każda kolejna część polega na powtarzaniu scen z części poprzedzających, z dodatkiem dużej ilości ketchupu!
I właśnie o ten ketchup chodziło... Może seria "Oszukać przeznaczenie" nie posiada kunsztownej fabuły, ale sceny śmierci są dopracowane - absurdalne, ale dopieszczone do ostatniego szczegółu.
Dlaczego jednak poszłam aż do kina, żeby zobaczyć najnowszą część? Bo w kinie grają wersję 3d! Zobaczyliśmy z bratem zajawkę filmu w telewizji i od razu zdecydowaliśmy, że idziemy!
To była moja pierwsza przygoda z 3d (w najnowszej odsłonie) w kinie i... jestem zachwycona! Znów zdziwieni? Potrafię śnić na jawie, umiem, czytając książkę, wyobrażać sobie opisywane sceny z najdrobniejszymi detalami, w głowie układam niekiedy różne historie, które mogłyby nadawać się na scenariusz filmu, czy książkę, śnią mi się czasem kolorowe sny... chcę przez to powiedzieć, że z wyobraźnią u mnie wszystko w porządku i nie potrzebuję wzmacniania efektu jakimiś "wspomagaczami".
A jednak, możliwość oszukania mózgu na tyle, by uwierzył, że jesteśmy w środku akcji daje niesamowite przeżycia. Gdy w moją stronę leciały kawałki rozbitego samochodu, zaczynałam kulić się w fotelu, gdy w filmie wydarzyło się coś nieoczekiwanego, zasłaniałam usta ręką, żeby stłumić krzyk.
Ogólna tendencja w kinie jest taka, że im dalej od ekranu, tym lepiej... na filmach 3d podobno działa to w odwrotną stronę. Nie wiem, czy to prawda, bo na razie byłam na jednym filmie - siedziałam w pierwszym rzędzie, więc nie mam porównania. Jednak coś mi podpowiada, że nasze miejsca rzeczywiście były dobre. Nie widzieliśmy krawędzi ekranu dlatego łatwiej było uwierzyć, że jesteśmy w środku.
Jedyne, co mogło przeszkadzać to zsuwające się co jakiś czas okulary - na najbardziej interesujących scenach po prostu je podtrzymywałam, żeby nie zepsuć sobie wrażenia.
A moja konkluzja po wyjściu z sali była taka: gdyby do efektu 3d dodać sterowanie zapachem i temperaturą to efekt mógłby być wzmocniony o kolejne oszukane zmysły.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

statystyka