
Czekałam, aż opadną ze mnie emocje, by zabrać się za opis ostatnich kilku dni, ale po tym, czego doświadczyłam jeszcze długo się nie otrząsnę! Spieszę zaznaczyć, że chodzi o same pozytywne odczucia. Tyle tytułem wstępu - przejdźmy do konkretów.
Klika dni temu wyjechałam do Łodzi. Odwiedziłam uczelnię, złożyłam wnioski o przyznanie stypendium i dowiedziałam się, że dzień później mam pierwsze zajęcia. Zostałam.
Dzięki tej decyzji mogłam uzgodnić z promotorem temat pracy dyplomowej, a także zaoszczędzić czas potrzebny na dojazd do Warszawy.
W niedzielę rano wyjechałam z Łodzi do stolicy. Ender, w towarzystwie mojego brata Jacka, już na mnie czekał. Z Dworca Centralnego przemieściliśmy się do mieszkania Jacka. Lokum to jest miejscem, w którym egzystuje czwórka przyszłych studentów i na takie wygląda! :P W ramach zapłaty za nocleg zgotowałam ekipie dwa obiadki - bo student od czasu do czasu musi coś zjeść!
Około godziny 18, kiedy oboje z Enderem byliśmy wyszykowani, ale jakoś tak dziwnie mało chętni na koncert, pojechaliśmy pod Stodołę. Na miejscu oczom naszym ukazała się całkiem duża kolejka osób oczekujących na wejście. Ender odszukał w tłumie znajomych, dzięki czemu mogliśmy przesunąć się o kilka "oczek" w stronę drzwi wejściowych.
Po kilkunastu minutach organizatorzy zaczęli wpuszczać ludzi do środka. W pewnym momencie ochroniarz zawołał w naszą stronę: "Panowie! Czy są tam panowie?! Zapraszam!". Hmm... Szybko wyjaśniło się, o co chodzi z tymi "panami" ;) Przy wejściu funkcjonowały dwie bramki - jedna dla panów, druga dla pań. Przy bramce dla panów stali panowie ochroniarze, przy bramce dla pań stały panie ochroniarki. Takie rozwiązanie jest zazwyczaj wprowadzane podczas rewizji osobistej. No i nas rewidowali. Panowie nie posiadali przy sobie różnego rodzaju torebek, w których czeluściach giną dokumenty, kosmetyki, niezbędne przedmioty, statki, i inne cuda, dlatego ich rewizja przebiegała znacznie szybciej. Kiedy w kolejce dla pań powstał zator (spowodowany rewizją namioto-torebek) ochroniarze zdecydowali nie wstrzymywać całkowicie przepływu osób z zewnątrz do środka, ograniczyli go jedynie do panów. Kiedy Ender był już w środku ja stałam na zewnątrz i przepuszczałam kolejnych zdezorientowanych chłopców, którzy uwierzyli w to, że ich pierwszeństwo wynika ze zbliżającego się dnia chłopaka ;)
W końcu nadeszła moja kolej. Przy samym wejściu usłyszałam jak ochroniarka mówi do dziewczyny przede mną, że nie można wnosić aparatów i należy je oddać do depozytu, płatnego 20 PLNów (bezzwrotnie). Po pierwsze miałam przy sobie tylko 10 PLNów, po drugie zamierzałam robić zdjęcia i nagrywać filmy, dlatego też (nauczona kreatywnością Endera i Corella podczas wchodzenia na koncert LP w Chorzowie) podjęłam błyskawiczną decyzję i przełożyłam aparat z kieszeni kurtki do... nogawki spodni :P Tym sposobem wniosłam na koncert aparat :)
Przeszło godzinę czekaliśmy na rozpoczęcie koncertu. Nie byliśmy jednak aż tak mało inteligentni, aby stać na sali koncertowej. Rozsiedliśmy się przy stoliku w barze, a kiedy nadszedł czas bez problemu znaleźliśmy miejsce w połowie sali (ponieważ sala koncertowa w Stodole, wbrew oczekiwaniom, nie jest duża, znaleźliśmy się naprawdę blisko miejsca akcji).
W pewnym momencie na scenie ukazała się pani, która dała wymowny znak skierowany do ekipy od nagłośnienia, aby wyłączyli muzykę przygrywającą w tle, pojawili się UnSun. O tym, kto zagra przed "głównym daniem" dowiedziałam się dopiero w momencie wejścia supportu na scenę. Zagrali nieźle. Wokalistka poradziła sobie ze spragnioną P. Roach’ów publiką całkiem dobrze, ludzie nawet ich nie wygwizdali, a solówka na perkusji była genialna! W połowie ich występu zauważyłam, że w drzwiach prowadzących z zaplecza na scenę stoją członkowie Papa Roach i obserwują zmagania UnSun :P
Kilka kawałków później (w tym aż dwie ballady! ;P) UnSun podziękowali za możliwość wystąpienia i zeszli ze sceny. Pojawiła się żwawa ekipa od instalowania sprzętu - całkiem spory tłum!
I oto zgasły światła! Zapanowała kompletna ciemność. Zaczęło się! Usłyszeliśmy początek "Days Of War". Oszaleliśmy! Od razu zaczęliśmy klaskać w rytm muzyki - brzmiało to jak przemarsz wojsk. Podniósł się krzyk kilku tysięcy gardeł. Zapaliło się kilka świateł - ujrzeliśmy Tonego Palermo grającego na perkusji i gitarzystów - Jerrego Hortona i Tobina Esperance zajmujących pozycje. Rozbłysły światła, zabrzmiały gitary, wszyscy klaskali! I nagle z gardeł publiki wyrwał się wrzask - wszedł Coby Shaddix. Wybuchły tony zwiastujące "Change Or Die". Wszyscy skakali, krzyczeli, laski piszczały, sikały po nogawkach, kolesie pokazywali cycki - SZAŁ! Na prośbę Cobiego: "Let me hear you" wszyscy wydali z siebie ogłuszający ryk. Co za energia! Potem zaczęliśmy skakać przy "Lifeline". Refren zaśpiewany przez publikę prawie zagłuszał wokalistę :P No i oczywiście kilku śmiałków spróbowało crowd surfingu.
Przyszedł czas na old school shit czyli
"Dead Cell". Nie zazdroszczę tym, co stali pod samą sceną! Istne szaleństwo. Fuck yeah!
I znów skaczemy do góry - tym razem w rytm "The World Around You".
W przerwie między kolejnymi utworami publika zaczęła skandować "Papa Roach". Coby chyba się wzruszył, bo obiecał, że tym razem nie karze czekać nam kolejnych dziesięciu lat na ponowny przyjazd Papa Roach do Polski :P publika nie ukrywała zadowolenia :)
Zabrzmiało
"Had Enough", a wraz z tym utworem pojawiło się kilka zapalniczek :D
Niesamowicie zabrzmiało słowo "dziękuję" w wykonaniu Shaddixa :P Ponieważ ludzie trochę ochłonęli z pierwszych emocji można było zaserwować im kolejną dawkę niezapomnianych przeżyć! Tym razem atmosferę podgrzał utwór
"... To Be Loved" rozpoczęty od dobrze znanego motywu z soundtruck'a do Tonnego Howka. Zawsze byłam ciekawa jak ten utwór brzmi na żywo - genialnie. Fuck yeah!
Znów zgasło światło... rozbrzmiało
"Getting Away With Murder" - no tak, tego utworu nie mogło zabraknąć. A Coby doskonale wie, jak rozgrzewać publiczność. Co chwilę wymyślał nowe ćwiczenia: a to skaczcie, a to podnieście prawą rękę w górę i zacznijcie potrząsać głową, a to znów "wiem, że potraficie głośniej" :P cudownie być kukiełką w takim przedstawieniu! Na pytanie "You love that shit, hah?" bez namysłu odpowiadam fuck YEAH! ;P Chwila oddechu przy "March Out of the Darkness"... i kolejna dawka emocji podczas
"Scars"... Wszyscy doskonale znaliśmy słowa TEGO utworu i dobrze to wykorzystaliśmy.
Coby dorwał flagę Polski i miał ją przy sobie podczas utworu
"I Almost Told You That I Loved You" :> Tekst tego kawałka mnie rozwala :P A zachowanie Cobiego - nie znajduję słów komentarza :P W połowie utworu flaga z odrobiną potu Shaddixa poleciała w stronę publiczności. W zamian publika (głównie dziewczyny) oddała Cobiemu kilka par majtek. Co zrobił wokalista Roach'ów? Tak, założył jedną z par na głowę! Ah te interakcje z publicznością. Ja tylko mam nadzieję, że laska, która nosiła kiedyś te majtki nie miała żadnego syfa! :P
Nadszedł najbardziej niebezpieczny moment koncertu - cały czas byłam ochraniana przez Endera, żaden łokieć mnie nie dosięgnął... Kiedy jednak zagrali "State of Emergency" wszyscy wokół mnie zaczęli skakać, miotać się... nawet Ender już nie stał spokojnie! :P Solowy popis na perkusji był niesamowity, ale muszę sprostować pewną krążącą po sieci informację - całość nie trwała 10 min, a najwyżej 6 :P!
"Harder Than A Coffin Nail" - hidden track, którego nigdy nie zdobyłam… Ender przejął ode mnie aparat na ten moment, dzięki czemu mogłam wsłuchać się w muzykę :)
Znów zostaliśmy wprawieni w ruch przy "Blood Brothers" - buzowały w nas niespożyte pokłady energii.
Następny utwór został zadedykowany wszystkim niegrzecznym dziewczynkom :>
"Forever", bo o nim mowa - niesamowite brzmienie gitary na wejście. Pozostając w klimatach kobiecych :P
"Hollywood Whore" - pierwszy singiel z "Metamorphosis". W trakcie wykonywania utworu Coby przyprowadził na środek sceny kolesia z kamerą co by nakręcił ten szalejący tłum :P
Nastąpiła kosmiczna eksplozja energii! Czegoś takiego nigdy nie widziałam, nasz skromny aparat o mało nie rozpadł się na części pierwsze, kiedy przyszło mu rejestrować to zdarzenie. Papa Roach zagrali
"Between Angels and Insects" z genialnej płyty "Infest", na której znajdują się właściwie same doskonałe utwory. Taka moc w praktycznie ostatnim kawałku. SZALEŃSTWO!!! W powietrzu latały części garderoby, butelki i ludzie!!! Na serio! Jeden chłopak stojący obok nas nie wytrzymał ciśnienia, chwycił się rękami obniżonego stropu i zaczął wirować w powietrzu machając kończynami we wszystkie strony. Można było spodziewać się takich reakcji, ale to raczej pod sceną, a nie wśród ludzi, którzy przyszli na koncert posłuchać muzyki. Gdy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie Ender wystartował do chłopca z ostrzeżeniem tak wymownym, że pomimo, iż był on od Endera znacznie wyższy, natychmiast się uspokoił, zaczął przepraszać i do końca już się nie wychylał. I tu taka moja prywatna refleksja - normalnie strach się bać takiego mam ochroniarza! XD
Koncert praktycznie dobiegł końca, ale cóż by to był za koncert, gdyby zabrakło bisu?! A na bis chłopcy z Papa Roach zagrali "Time Is Running Out", "Into the Light" oraz… "LAST RESORT"!!! Nawiązał się niesamowity kontakt między Shaddixem i polską publicznością. Coby był wyraźnie zachwycony, polska publiczność zresztą też! XD Po wszystkim w stronę tłumu poleciały ręczniki, pałeczki i co tam było pod ręką. Koniec był taki sam jak początek - wszyscy skandowali "Papa Roach" (nawet członkowie zespołu ;P)!
Nie będę pisała podsumowania, w tym zabójczo długim wpisie... Jak tylko wrzucę na YouTube'a nagrania wybranych utworów na pewno je podlinkuję.
Z wszystkimi, którzy pragną posmakować podobnych emocji widzimy się na następnym koncercie Papa Roach w Polsce :D