rss
login
ewa adach - artistic blog logo
 
 
 
Best B-day Ever!
03.7.2009, 10:14
b_day
Prawie spontaniczna impreza urodzinowa zakończyła się pełnym sukcesem.
W natłoku zajęć i spraw zdecydowałam, że zaproszę najbliższych znajomych do klubu w środku tygodnia. Na dzień przed zdarzeniem rozesłałam info gdzie i o której i wierzyłam, że Ci, którzy odpisali, że się postarają naprawdę to zrobią.
B-day
Wstałam rano - wcześnie rano. Rodzina nie zapomniała o moim święcie, bo intensywnie nawiązywałam do niego na kilka dni przed.
W zaciszu domowej łazienki zmieniłam image na krwisto rudą wiewiórę i wyruszyłam "po odbiór" najcenniejszego prezentu.
Andrzej zjawił się w CK o czasie. Natychmiast zabrał mnie do kina. W wersji pierwotnej mieliśmy udać się na "Narzeczonego mimo woli", jednak na moje życzenie Andrzej zakupił bilety na "Transformers II" – mam sentyment do tej serii. W tym miejscu muszę podkreślić poświęcenie ukochanego, który już raz widział ten film, a mimo to poszedł ze mną po raz drugi.
Po kinie, w towarzystwie 35-stopniowego upału wróciliśmy do domu na obiad.
O 18:00 cali wyszykowani na nocne szaleństwo wybraliśmy się do centrum Kielc. Szybka wprawka w pubie Deja Vu i cheeseburger w McDonald's i byliśmy gotowi na szturm klubu Czekolada.
W klubie pojawiliśmy się na tyle wcześnie, że zyskaliśmy status pierwszych gości. Po krótkiej rozmowie z obsługą i parokrotnym zaznaczeniu, że "dziś są moje urodziny" dostaliśmy plakietkę z napisem "rezerwacja" (profilaktycznie, żeby nikt nam loży nie zajął) i obietnicę plakatu z podpisami załogi w ramach prezentu.
Wszyscy zaproszeni przybyli! Nikt mnie nie zawiódł - wielkie dzięki Wam za to, aż się wzruszyłam ;)
Dostałam szałowe prezenty! M.in. Wyborową od klubu Czekolada! Tym niesamowitym gestem klub zyskał miano mojego ulubionego. Nie potrafię wyrazić jak miło mi się zrobiło!
Za pozostałe prezenty również bardzo gorąco dziękuję: Rury! Kolczyki są super! Kolor idealnie pasuje do mojej nowej fryzury (i faktycznie - do szalika też :P) kAŚKA! Napoleon czeka - Rzeszów nie wypalił, więc wkrótce pewnie znajdzie się jakiś przyjemny termin by go spić :P
Mam nadzieję, że wszyscy Moi Goście bawili się tak dobrze jak ja!
Do domu wróciliśmy na nogach, które dopiero następnego dnia nie dały mi żyć ;)

EDIT: Około północy padł nam serwer... Pod powyższym wpisem znajdowały się chyba 4 komentarze - niestety nie mogę ich odzyskać ;( Teraz jednak wszystko powinno być już ok (mam nadzieję). Miłego komentowania.
Untitled
29.6.2009, 22:00
Moje nowe motto: Uwielbiam leniwe poranki, trwające do wieczora. I tego się będę w życiu trzymać!
Tymczasem życie nie pozwala. Wszystko tak szybko wiruje!

Nawiązując do mojej niedawnej animacji zapytam sama siebie – czy potrafię zatańczyć taniec własnego życia? Ciężko pracuję, by się tego nauczyć.

Podążając za słowami: "są rzeczy ważne i ważniejsze" stwierdzam, że o tych najważniejszych ostatnio zapomniałam. Na szczęście są ludzie, którzy potrafią mi o nich przypomnieć.
Andrzej zabrał mnie na koncert Comy do Gdańska. Dokładna relacja o tym kto, jak, gdzie i kiedy znajduje się u niego na blogu. Ja pominę te detale (które są bardzo ważne, ale jednocześnie niezwykle ulotne) i przejdę do próby nazwania wrażenia, jakie pozostało we mnie po tym zdarzeniu.
Ten koncert był niesamowity! Znane utwory w nowych aranżacjach dotarły wprost do mojego serca powodując skurcz mięśni twarzy, zmuszając moje usta do nie-usta-nnego uśmiechu. Głowa sprawiała wrażenie zainteresowanej eksplozją. Dusza wyszła z zakamarków i karmiła się tym pięknem w najczystszej postaci, a gdy się najadła powiedziała, że kocha. Najkrótsza noc w roku – taka magiczna noc. Daleko od domu, ale blisko kogoś bliskiego. Było zimno i ciepło jednocześnie. Światło lało się strumieniami razem z dźwiękami. A ja, choć obiecałam sobie, że tego nie zrobię, krzyczałam znane słowa tekstów poszczególnych utworów ściskając ramię Andrzeja, by nie odlecieć w kosmos! Radość stężona została mi zaaplikowana... mam zapas na najbliższe ciężkie dni.

Korzystam z niej intensywnie, bo trwa sesja. Chyba za bardzo sobie odpuściłam. Chyba ponoszę tego konsekwencje. A może tylko sobie wmawiam, że bez litrów potu i krwi spuszczonych razem z hektolitrami farby na zagruntowaną tekturę nie mam prawa do sukcesu? Znów obiecuję sobie - w przyszłym roku będzie inaczej. A może czas z tym skończyć?! Umiem czerpać przyjemność z pracy, która staje się dzięki temu zabawą. Czemu nie wykorzystać tej właściwości przy reszcie podejmowanych przeze mnie działań? Niech wszystko co robię sprawia mi radość...
Choć sama wiem, że tak nie będzie - nie może być... to postaram się mniej cierpieć na pokaz, mniej się umartwiać, zamartwiać i przejmować. Zobojętnieć? Na pewno nie. Chcę po prostu spróbować czegoś nowego.
A mam ku temu okazję. Oto jutro kończę 23 lata. Dobra chwila, by spróbować... czegoś.

Na koniec mojego wpisu ogólnego-podsumowującego słów kilka o tytule. "Untitled" - to tytuł większości moich projektów, które zostały zrealizowane na zlecenie pani SESJI. W natłoku spraw zabrakło minut na wymyślanie nazw dla kolejnych plakatów, animacji, innych (a PhotoShop podpowiedział Untitled).
Tak wygląda teraz moje życie. Dzieje się tak dużo, że brakuje chwili, by nazwać pewne sprawy. Mam jednak nadzieję, że odnajdę się w gąszczu tych wszystkich "untitled". W razie czego mogę liczyć na pomoc.
Gra Zespołowa
10.6.2009, 13:52
Wydarzenia rozgrywają się w tym momencie na moich oczach. Postanowiłam je opisać, aby udowodnić Komuś ;) że "wiejska" społeczność nie musi się niczego wstydzić...
Słowem wyjaśnienia - mieszkam na obrzeżach miasta. Tzw. peryferie, w praktyce - wieś.
Przed chwilą doszło do wypadku. Brał w nim udział jeden samochód. Kierowca stracił panowanie nad kierownicą (utrzymuje, że kierownica uległa zablokowaniu). Kierowca wygląda na całego i zdrowego - ale to może być efekt szoku, a połamane żebra mogą odezwać się dopiero wieczorem. Aktualnie wydaje się jednak, ze wszystko z nim w porządku. Samochód w chwili wypadku zjechał na pobocze, ściął otwartą bramę przy najbliższej posesji, przeorał podjazd, wpadł do rowu, zatrzymując się na słupie telefonicznym, obrócił się o 90° przy czym złamał słup w 1/5 wysokości. Na jezdni znalazła się ziemia z pobocza, nad jezdnią powiewały smętnie kable telefoniczne. 5 sekund później wokół samochodu zebrała się liczna grupa osób chętnych do pomocy. Potrzeba okazała się matką wynalazku. By przywrócić normalny ruch na drodze okoliczni mieszkańcy zmontowali przedziwne urządzenia, łączące w sobie miotłę i przedłużenie z grubego kija. Dzięki temu mogli unieść zwisające kable na taką wysokość, by zmieścił się pod nimi przejeżdżający właśnie autobus. Myślę, że gdyby pozwolić tym ludziom na działanie szybko wyciągnęliby samochód z rowu, zaopiekowali by się nieszczęsnym kierowcą, przywrócili słup do pionu, zamontowali bramę, wyklepali samochód i zamietli jezdnię! Niestety - ktoś zadzwonił po pogotowie, policję i szefostwo młodego kierowcy. Teraz w miejscu wypadku stoi już tylko radiowóz, laweta, feralny samochód i zrezygnowany kierowca. Nawet kable telefoniczne przestały powiewać, bo kolejny przejeżdżający autobus po prostu je zerwał...
Monster Jam – Family Show
04.6.2009, 16:44
Z perspektywy kilku dni, dzierżąc w dłoni kubek herbaty, przecierając oczy z resztek błogiego snu, któremu oddawałam się bezwstydnie przez ostatnie 10 godzin zaczynam pisać o show, w którym miałam szczęście wziąć udział zeszłej soboty w Chorzowie. Ogarnia mnie radosna melancholia, ciepło towarzyszące miłym wspomnieniom.
Trudno mi pisać suchą relację, ponieważ wypełniają mnie bardzo pozytywne uczucia, które mieszając się z faktami dadzą zniekształcony obraz rzeczywistości. Wolę zatem skupić się na rzeczach istotnych dla mnie, historię niech opowie ktoś inny.
Wspaniałe przeżycia zawdzięczam oczywiście Enderowi :) Jakiś czas temu oznajmił mi, że jedziemy na Monster Jam, z jego kolegą i żoną tego kolegi. Ponieważ jesteśmy zapracowanymi ludźmi sprawdziliśmy termin w kalendarzu i nie zdziwiło nas, że właśnie w okolicach 30go maja mamy najwięcej zobowiązań! Ender jednak wolał żałować, że coś zrobił, a ja podpisałam się pod tą piękną ideą. W ten oto sposób pomimo napiętego grafiku, 30go maja, około godziny 10:00 wyjechaliśmy z Kielc w stronę Katowic.
Na miejscu byliśmy nadspodziewanie wcześnie, dzięki czemu mogliśmy zjeść pyszny obiad zaserwowany przez siostrę kolegi. Prawdziwe śląskie kluski - smakują o niebo lepiej w prawdziwym śląskim otoczeniu!
Najedzeni i pozytywnie nastawieni wyruszyliśmy do Chorzowa. Jak dobrze, że wybraliśmy komunikację miejską - pamiętajcie: Monster Jam = traffic jam.
Swoją przygodę zaczęliśmy od wizyty na Pit Party. Piknikowa atmosfera sprzyjała szalonym pomysłom na szalone fotki. I tak oto mamy zdjęcia pięknych hostess, przenośnych toalet, małego chłopca w ubraniu kierowcy rajdowego, chromowane detale większości harley’ów, koparki i spychacze oraz nieprzebrane ilości głupich min i wyrazów twarzy.
Wejście na stadion nie sprawiło nam większych problemów. Poza zdziwieniem, które ogarnęło nas, gdy ochroniarz wskazując nasze miejsca skierował wzrok na areał tuż przy płycie boiska, nie odnotowaliśmy niczego niepokojącego.
Zabawa zapowiadana na godzinę 20:00 rozpoczęła się już w okolicach 18:00. Na początek panowie na bmx’ach. Furorę zrobił jeden z nich - ten, który na sam koniec wykonał nagą ewolucję. Właściwie ewolucja była ubrana, to on był nagi! Miło było patrzeć na ludzi, którzy cieszą się z nagrody 3 tys. PLN... do podziału na 20 osób!
Wielkie show zaszczyciły swą obecnością małe samochody - zdalnie sterowane modele, których właściciele z pasją, zaciekłością i nawet z powodzeniem walczyli o uwagę publiczności.
W ramach "zabawienia" publiki przed głównym daniem pojawił się Krzysztof Hołowczyc w swoim Nissanie Navara i Mark McDonald w Monster Truck’u Verva.
Każda tego typu impreza musi mieć jakiś minimalny mankament. Tym razem był to prowadzący :P 41 tysięcy ludzi, z których co najmniej 1/3 to dzieci w wieku do 10 lat. Show prowadzone przez anglojęzycznego speca od Monster’ów, a nasz polski spiker, który w kontrakcie miał "tłumaczyć słowa kolegi z Ameryki" usilnie powtarza swoje: "Myślę, że nie muszę tego Państwu tłumaczyć"! Super!
Przejdźmy teraz do show właściwego - prezentacja Monsterów, wyścigi Monsterów, freestyle Monsterów.
Największe show robią dwie ciężarówki:
1. Najbardziej popularny monster - Grave Digger;
2. Nasz prawie-polski monster - Verva.
Podział sprawiedliwy: Verva wygrywa wyścigi, Grave Digger przejazd we freestyle’u. I wcale nie zauważam, że wszystko jest ustawione ;P że gdyby Verva nie wygrała to polska publiczność byłaby zasmucona, a przecież chodzi o show! O to, by za rok wszyscy tu wrócili! By ojcowie rodzin tankowali na stacjach głównego sponsora! Ale ja to rozumiem - w końcu Monstertruck Show, a nie Monstertruck Competition ;P
Najważniejsze, że mieliśmy się z czego pośmiać, przebiegły nam kilka razy ciarki po plecach i ogarnęło nas wzruszenie, kiedy polska publiczność skandowała głośno nazwę "naszego" truck’a.
Show uświetniły występy X-Fighter’ów na czele z Bartkiem Ogłazą, który dał popis własnych możliwości, dzięki czemu zaskarbił sobie sympatię widzów. Powiem szczerze, że najbardziej podobała mi się właśnie ta część wieczoru. Jednak wysokie loty robią wrażenie, a 6 ton nie wzleci w powietrze na taką wysokość, na jaką może wzbić się motor w FMX.
W pewnym momencie na płycie stadionu pojawiło się "coś", co zrobiło ogromne zamieszanie! Długo skrywana niespodzianka - kład z silnikiem helikoptera? Do tej pory nie wiem, co to było. Narobiło hałasu i doprowadziło wszystkich do euforii ;P
Tak, tak - trochę hałasu, trochę zamieszania, kilka słynnych nazwisk, zapach spalanej benzyny, grillowana kiełbasa, piwo i podkreślenie naszej narodowości - oto, czego trzeba Polakom do szczęścia.
My, w swoim skromnym czteroosobowym gronie na pewno mieliśmy niezłą zabawę! Dzień później przypominało mi o tym zdarte gardło i przytępiony słuch.
Pytanie, czy żałujemy tego, co zrobiliśmy? Ender? Ja nie żałuję - było super.
Głęboka Filozofia
24.5.2009, 14:56
Nie jedna mądra wypowiedź została już na ten temat ułożona – zbliża się sesja, studenci zaczynają sprzątać!
Stan Chorobowy
23.5.2009, 08:58
Postanowiłam zadbać o ciało. Na początek wybrałam się do kilku specjalistów, z którymi powinnam była spotkać się już dawno temu, jednak z jakichś względów odkładałam to na później. Słuchając narzekań na służbę zdrowia rozmyślam nad kwestią długich kolejek i dochodzę do wniosku, że póki nie dławią mnie nieznośne objawy danej choroby mogę poczekać na swoje "5 minut" nawet ten miesiąc czy dwa - zwłaszcza jeśli sama na początku wykręcałam się od wizyty u lekarza. Zdecydowanie bardziej irytujące jest zachowanie samych pacjentów na korytarzu, zebranych w oczekiwaniu na swoje "wejście". Z moich wnikliwych obserwacji wynika również, że niezorganizowanie służby zdrowia polega przede wszystkim na niejasnym oznakowaniu poszczególnych przestrzeni, a co za tym idzie zdezorientowaniu pacjenta, który musi piętnaście razy zapytać, gdzie może zapisać się do danego lekarza, piętnaście razy zapytać, gdzie dany lekarz przyjmuje, piętnaście razy zapytać, kto jest ostatni w kolejce... Myślę, że ta kwestia jest łatwa do rozwiązania, jednak trudna do przeprowadzenia w naszym smutnym kraju.
Wracając do mojego planu usprawnienia własnego organizmu: Wbrew moim oczekiwaniom na jednej wizycie się nie skończyło. Dostałam stosy recept i skierowań na dodatkowe badania, czy zabiegi. Teraz codziennie łykam garść tabletek i dzierżąc w dłoni organizer próbuję wcisnąć kolejną wizytę w przychodni między wyjazd na zajęcia a bierzmowanie brata. W dodatku po lekach czuję się okropnie. Nie, nie chodzi mi o skutki uboczne, raczej o sam fakt zażywania ohydnych w smaku pigułek. Powinnam jednak się radować, bo gorzkie lekarstwo podobno jest najskuteczniejsze... i nawet zauważam lekką poprawę stanu mojego zdrowia... ale skoro kuracja ma trwać miesiącami, zastanawiam się, jak ja to wytrzymam - zarówno psychicznie (jak tu zmusić się do łykania tego paskudztwa?), jak i finansowo (jakimś cudem lekarstwa okazały się być drogie). Teraz już wiem, dlaczego odkładałam na później kwestię własnego zdrowia – trzeba mieć zdrowie, żeby chorować :)
To Nie Tak
13.5.2009, 21:53
To nie jest tak, że skoro nic nie piszę, to znaczy, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Dzieje się dużo. Wiele! Czy za wiele? Nie narzekam... Po prostu mniej się przejmuję jeśli coś idzie po grudzie.

Z artystycznych przedsięwzięć miejsce pierwsze zajmuje Ściana. Wkrótce pojawi się uaktualnienie w zakładce jej poświęconej - zadziwiająca praca mojego starszego brata (Fida).
Poza Ścianą dużym przedsięwzięciem był(jest) również film - Rytm Dnia. Jestem w trakcie rozbudowy tego projektu o grafikę.
Na wystartowanie czeka projekt-przedsięwzięcie - moja "gazeta" - miesięcznik "Ja".
Zaczęłam bawić się w malowanie w Photo Shopie, choć bez tabletu jest ciężko... ale mam kilka niezłych pomysłów i gdy tylko pojawią się ich realizacje to zamierzam się nimi pochwalić ;)
W kolejce do realizacji czeka również film o znaku - temat ćwiczenia z zajęć. Mam już scenopis teraz tylko rysunki i "focenie", jak to mówi Pan od fotografii.
A propos fotografia - uważam że mam w swoich zbiorach "zdjęć wszystkiego" kilka pozycji wartych pokazania - zatem oczekujcie :)

Z bardziej komercyjnych przedsięwzięć - wkrótce wypuszczam swoją wizytówkę.
Zmianie ulegnie design mojego oficjalnego portfolio eadach.13k.pl i nieznacznie wygląd topu na tej stronie.
Do życia rodzi się pewna firma, której częścią będę(jestem)... jednak w tym przypadku proces powstania musi ulec wydłużeniu.

Studia - zamierzam ukończyć według wcześniejszych założeń, pomimo faktu, że właśnie oficjalnie przestałam "to czuć".

Plany życiowe... hmm, wydaje mi się, że są duże szanse na zmianę miejsca zamieszkania, a może raczej na odnalezienie własnego kąta. Do tej pory tułałam się od miasta do miasta, nie wiedząc, gdzie jest mój dom... może wkrótce sama go stworzę (prawie sama ;P)
Rozważam opcję zrobienia prawa jazdy.
Poszukuję pracy (etatu).

W ciągu najbliższego tygodnia: Nie znajdę czasu na juwenalia, ponieważ mam zjazd, wizyty u lekarzy i zaległe projekty (a jeśli zorganizuję trochę wolnego to jadę do Lublina ;P).

Teraz: Uświadomiłam sobie, że jestem zapracowana i chyba czas najwyższy to zmienić. Byle do wakacji. Idę pod prysznic :*

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

statystyka